Spotkanie w dżungli

Pan Jezus prosi, aby zostawić 99 owiec i szukać tej jednej, zagubionej, malutkiej, ubogiej, odrzuconej… po drugiej stronie rzeki. Dla Niego wszyscy jesteśmy jednakowo ważni, potrzebni i umiłowani...
Pracuję na misjach w Peru, nad Amazonką, od blisko 34 lat. Zostałam tam posłana jako misjonarka świecka przez Archidiecezję Krakowską. Po tylu latach doświadczenia misyjnego i na dzisiejszy stan misji - realizowanych w Wikariacie św. Józefa znad Amazonki, uważam że najważniejszą definicją duszpasterstwa jest bycie z ludźmi. Trzeba być blisko nich, szczególnie tych najbardziej opuszczonych, być prawdziwie obecnym wśród nich i dla nich, nawiązywać osobiste relacje, umieć im towarzyszyć w normalnym, codziennym życiu. Katecheza, celebracja słowa Bożego wówczas pójdą płynnie, kiedy ludzie poczują, że się nimi interesuje (pytanie o sprawy rodzinne, zdrowie, nauka dzieci w szkole...). Jeśli potraktuje się ich z poszanowaniem, pokorą, życzliwością i poważnie podejdzie do ich kultury, to oni też się zainteresują tym, co ma się im do przekazania.
Nasz Wikariat to tworząca się od 71 lat diecezja, która obsługuje 16 parafii położonych nad brzegami Amazonki i jej dorzeczy na terenie odpowiadającym połowie terytorium Polski (155.000 km2). Są one bardzo odlegle od siebie (jedna parafia może być oddalona od sąsiedniej od 300 do ponad 600 km).
W centrum parafii znajduje się kościół lub kaplica i dom mieszkalny dla misjonarzy. Takie centrum stanowi bazę dla misji prowadzonych w okolicy. Do nich przynależy od 30 do 90 wiosek, które tu w Amazonii nazywamy comunidades, to znaczy wspólnoty. Parafia więc jest wspólnotą wspólnot.
Wielkim wyzwaniem jest, żeby te wioski w miarę regularnie odwiedzać. Dlaczego to takie trudne?
Nie mamy wystarczającej liczby misjonarzy i misjonarek.
Jest nas 51 wszystkich, z różnych stanów i narodowości. Większość to siostry zakonne. Wiele parafii jest zarządzanych przez nie, i to naprawdę dobrze. Mamy zaledwie 10 kapłanów, aby obsłużyć tak wielki teren, a w kilku parafiach nie mamy już żadnego misjonarza. Małe kościoły i domy są opuszczone, tylko niektóre z nich pozostają pod opieką ludzi z wioski, którzy robią, co mogą.
Taka jest sytuacja centrów, a do każdej parafii przynależą wioski, które trzeba odwiedzać. Jeśli tych wiosek jest 90, kto tam jedzie? Kto się martwi o tych najbardziej oddalonych, zapomnianych? A przecież są ochrzczeni i mają prawo do Ewangelii. Naszym obowiązkiem jest zanieść im ją.
Może modlimy się za mało o powołania misyjne... Diecezje bogate w powołania czasami też nie chcą się nimi podzielić z tymi Kościołami, gdzie jest ich brak.
Nie mamy wystarczających środków finansowych.
Wyobraźmy sobie sytuację, że w jakiejś parafii mamy liczną ekipę misjonarzy i misjonarek, którzy mogą dopłynąć do wiosek, ale często dopływają tylko do niektórych, bo nie ma pieniędzy na zakup benzyny do motorówki czy łódek z małym ekonomicznym silnikiem. W Amazonii nie ma dróg, drogami są rzeki.
Można świadomie czy nieświadomie "zainstalować się" w centrach parafii
. Łatwo wytłumaczyć sobie, że ma się dużo pracy na miejscu i nie ma mowy o wizytach w licznych wioskach, których mieszkańcy często na nie długo czekają, i gdy proszą, to nie, by tylko przyjechać, ochrzcić i odjechać. Pragną czegoś większego, głębszego... Chcą posiedzieć, porozmawiać, dowiedzieć się czegoś o świecie, bo nie mają łatwego dostępu do mediów, szczególnie do dobrych. Dobrze jest przypomnieć sobie w tym miejscu słowa papieża Franciszka kierowane wprawdzie do młodzieży podczas ŚDM w Krakowie, ale moglibyśmy skierować je też do misjonarzy: Nie bądźcie kanapowi.
W głębi dżungli jest mniej wygodnie: nie ma światła elektrycznego, internetu, spanie na ziemi, w moskitierze, kąpiel w glinianej, brudnej Amazonce, a może jeszcze pełnej piranii, w pożywieniu nie ma dużego wyboru, nie ma kawy, ale jest masato z dodatkiem śliny gospodyni (tradycyjny napój z manioku lub yuki), i śmierdzące suszone ryby...
Jednocześnie jest pięknie: urzekające krajobrazy, cisza, majestat dżungli jakby się było w jakimś sanktuarium. Ludzie wracający z pola wiosłując w swoich canoas, spracowani, ale radośni i jednocześnie kontemplujący Boga w tej wielkiej, słonecznej przestrzeni. Kiedy przyjeżdżamy do wioski, cieszą się, są serdeczni, biją w dzwony... Przyjmują nas bardzo gościnnie. Przychodzą chętnie na uroczystą celebrację słowa Bożego, katechezę, wykłady. Nie mają wiele, bo to skromni i ubodzy ludzie, ale pragną się podzielić tym, co mają. A mają przede wszystkim czas i dobre serca.
Wyruszanie w głąb dżungli do tych bardzo odległych wiosek jest dla mnie takim rodzajem powołania w powołaniu, i nabiera szczególnego znaczenia w świetle adhortacji papieża Franciszka, który wymaga od nas pójścia dalej, wyjścia ponad siebie, dotarcia do ludzi potrzebujących miłości Chrystusa (por. EG 46, 48), spragnionych zwyczajnego uściśnięcia dłoni ze słowami: Bracie, Siostro, jak się masz? Nie jesteś sam, sama; jesteś dla nas ważny, ważna... Tam, w dżungli, szczególnie potrzebne jest autentyczne świadectwo miłosierdzia i bezinteresowna pomoc, by ludzie nie utracili nadziei.
Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy opłaca się jechać tak daleko, do małej grupki ludzi (niekiedy jest to zaledwie 5 rodzin), dodając do tego jeszcze spore koszty podróży? Po co? Lepiej zostać w centrum...
Pan Jezus prosi, aby zostawić 99 owiec i szukać tej jednej, zagubionej, malutkiej, ubogiej, odrzuconej… po drugiej stronie rzeki. Dla Niego wszyscy jesteśmy jednakowo ważni, potrzebni i umiłowani... I dla mnie też. Dlatego nie daję za wygraną. Wszyscy zasługują, aby dbać i troszczyć się o nich, o ich prawdziwe życie i szczęście, o obecność we wspólnocie Kościoła.
Więc idę świadomie i z radością w głąb dżungli, bo warto. I idę z Chrystusem. Czyż to nie zaszczyt spotkać ludzi, w których Bóg mieszka, w których jest po prostu transparentny? Być bliżej tych ludzi, to być bliżej Boga. On tam czeka. Tylko lecieć (tutaj raczej płynąć) na spotkanie Boga żywego.
Dominika Szkatula
misjonarka świecka z Peru
img
img